18 lip 2018

Rozdział 45 "Brandish"


– Właśnie wpakowałaś się w tarapaty, panno Heartfilio...
Wszystko, co nastąpiło dalej, trwało zaledwie kilka sekund. Po ciosie Ajeela, Lucy ledwo mogła utrzymać się na nogach. Skulona, próbowała złapać oddech. Szukała na oślep poręczy schodów, czegoś, o co mogłaby się przytrzymać, ale Ajeel wykręcił jej ręce do tyłu i zmusił do skłonu pleców. 
Invel wyjrzał zza zaplecza, patrząc na tę scenę z niemałym zaskoczeniem. Początkowo zdziwiony widokiem swoich pracowników, szybko połączył fakty.
Lucy zdała sobie sprawę, że nie było sensu zgrywać głupka; udawać, że nic nie słyszała. Choć miała mętlik w głowie i niewiele rozumiała z zaistniałej sytuacji, wiedziała jedno – przysłowiowo wpadła po uszy w gówno. Jej spojrzenie natrafiło na przenikliwy wzrok Invela, który nie zwiastował niczego dobrego. Na co dzień przemiły mężczyzna, wyrozumiały pracodawca, stał przed nią z twarzą niewyrażającą żadnych emocji.
– Zabierz ją z Jacobem do Augusta – oznajmił beznamiętnie do Ajeela i cofnął się do zaplecza. Zanim zamknął za sobą drzwi, ostatni raz zerknął na wyrywającą się Lucy. Na jego ustach pojawił się cień ironicznego uśmieszku, gdy dostrzegł oczy dziewczyny – wystraszone i pełne łez.

– Tu jesteś! – zawołał Ajeel, wyprowadzając Lucy na tyły restauracji. Jacoba, który właśnie chciał zaciągnąć się papierosem, zupełnie zamurowało.
– Co ty jej robisz?! – zawołał zdziwiony, widząc, że Ajeel nie sili się na subtelności i popycha zapłakaną dziewczynę na maskę najbliżej zaparkowanego auta.
– Ta pinda już o wszystkim wie.
– O niczym nie wiem – wydusiła z siebie Heartfilia, lecz zamilkła, gdy silna ręka Ajeela mocniej przycisnęła jej głowę do karoserii samochodu. Zanim szef kuchni założył jej na głowę worek, zalatujący kartoflami, zdołała spostrzec przygnębienie na twarzy Jacoba.
Jacob Lessio był jedynym mężczyzną w restauracji Alvarez, który pracował jako kelner. Gdy Lucy miała okazję go poznać, pomyślała, że zupełnie nie nadaje się do tej roboty – wyglądał na gbura i zadufanego w sobie aroganta. Szybko jednak zrozumiała, jak bardzo oceniła tego człowieka po okładce. Jacob był zdumiewająco nieśmiały w stosunku do kobiet. Minął miesiąc, zanim sam z siebie zagadał do Lucy, a kiedy w końcu zdobył się na odwagę i stopniowo zaczął otwierać się przed nową koleżanką z pracy, Heartflia zrozumiała, jak ciepłym i serdecznym jest mężczyzną. Po Brandish, była to jedyna osoba, którą szczerze obdarzyła sympatią po przyjeździe do Onibus.
– Gaś peta, bierzemy ją do szefa – usłyszała Ajeela, a po chwili została wpakowana na tylne siedzenia samochodu.
Nie miała pojęcia dokąd jadą – imię August nic jej nie mówiło. Od worka o zapachu ziemniaków było jej mdło. Czuła, jak jej dłoń lepi się od nie do końca zeschniętej krwi, a rana zaczyna nieprzyjemnie piec i pulsować. Zapewne będzie mogła także zawdzięczać Ajeelowi siniaki na nadgarstkach i ramionach, lecz to wszystko było niczym w porównaniu z lękiem, jaki ją teraz ogarniał. Niepewność i brak świadomości tego, co ją czeka, była dla niej zatrważającym koszmarem.
By zająć czymś ponure myśli, próbowała połączyć zaistniałe fakty. Invel prowadził telefoniczną rozmowę z donem Grimoire Heart, Zerefem, więc to oczywiste, że właściciel restauracji miał jakieś powiązania z mafią. Tylko jakie? I jakim cudem... Czyżby Siergain dowiedział się, gdzie wyjechała i przekupił pracowników restauracji, w której się zatrudniła? Było to absurdalne, ale nie bardziej absurdalne niż ta cała chora sytuacja, w której się właśnie znalazła. Do głowy Lucy nasuwała się następna myśl: „dlaczego”. Przecież posłuchała wytycznych mafiozy i wyjechała z miasta, tak, jak jej kazano. Więc dlaczego...
Zdjęli jej worek z głowy dopiero, gdy po wysiadce z auta przeszli parę dobrych metrów. Znajdowali się przed wejściem do klatki schodowej kamienicy. Ajeel tak gwałtownie wepchnął ją do środka, że nie zdołała zobaczyć nazwy ulicy czy choćby numeru budynku. Nie miała zielonego pojęcia, gdzie się znajduje.
Lekko zdyszani mężczyźni zaprowadzili Lucy na ostatnie, czwarte piętro. Jacob zapukał do drzwi i odsunął się od nich o dwa kroki. Choć stał tyłem do Heartfilii i nie miał odwagi na nią spojrzeć, dziewczyna wyczuła, że jest bardzo spięty. Po chwili drgnął nerwowo, słysząc chrząknięcie przekręcanego zamka po drugiej stronie.
Drzwi od mieszkania otworzyły się nieznacznie, a za nimi ujrzeli twarz Dimarii Yesta – menadżerki, pracującej w Alvarez. I ostatniej osoby, jaką Lucy miała ochotę teraz widzieć. Narzeczona Ajeela; wredna, opryskliwa, władcza, wręcz agresywna kobieta w każdym aspekcie. Porwanej kelnerce podniosło się ciśnienie, gdy Dimaria na jej widok otworzyła im szerzej drzwi z nieskrywaną satysfakcją.
– No proszę, proszę – zachichotała pod nosem i wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu, opierając bark o framugę drzwi z rękoma skrzyżowanymi pod biustem. Kiedy Ajeel siłą wprowadził Lucy do środka mieszkania, blondynka odwróciła wzrok w bok, by więcej nie widzieć rozradowanej twarzy panny Yesta. Zamiast patrzeć na jej uradowaną gębę, rozejrzała się po mieszkaniu. Spodziewała się jakieś meliny, lecz zaskoczona zastała przytulny salonik ze skórzaną sofą oraz z drewnianymi meblami, których zapach delikatnie rozchodził się po całym pokoju. Na miejscu czekał na nich starszy mężczyzna o siwych, długich włosach. Popijał brendy i spojrzał na gości pobłażliwie.
– Ona już wie – rzekł niemrawo Jacob. Starszy mężczyzna powoli wstał z sofy, spoglądając na Lucy z zainteresowaniem.
Ajeel popchnął ją do przodu, a dziewczyna wreszcie rozmasowała obolałe nadgarstki.
– To sprawka tych gamoni? – spytał starzec, dostrzegając zranioną dłoń Heartfilii.
– Nie – odrzekła krótko, bez zbędnych wyjaśnień. Mężczyzna po chwili uśmiechnął się nikle i chwycił uprowadzoną za nadgarstek – o wiele delikatniej niż Ajeel.
– Sierota – mruknęła Dimaria, na tyle głośno, by każdy to usłyszał.
– Rana jest dość głęboka. Nadaje się do szycia – stwierdził starzec. – Dimario, przynieś apteczkę z łazienki i, z łaski swojej, odpuść sobie te zgryźliwe uwagi. A ty, młoda damo, usiądź – dodał, wskazując Lucy sofę. – Porozmawiamy sobie.
Heartfilia spojrzała na niego z dużą rezerwą. Uśmiechał się do niej łagodnie, przymykając przy tym oczy i uwydatniając liczne zmarszczki. Nie mając wyjścia, niepewnie usiadła na sofie.
– Ty jesteś August? – spytała wreszcie, bacznie obserwując każdy krok gospodarza. Dosiadł się do niej, nie odpowiadając.
Ajeel i Jacob wyszli na zewnątrz, a Dimaria wróciła po chwili do pokoju z czerwonym pudełkiem i również opuściła mieszkanie. Lucy została ze starcem zupełnie sama.
– To nie jest potrzebne – wydukała nieco wystraszona, gdy dostrzegła, jak mężczyzna wyciąga z opakowania gazę, wodę utlenioną i długą, zakrzywioną igłę.
– Owszem, jest.
Kiedy August chwycił Heartfilię w nadgarstku, próbowała wyszarpnąć rękę, lecz uścisk mężczyzny był zbyt silny.
– Siedź spokojnie. Chyba, że chcesz, żebym zrobił ci krzywdę.
Lucy z trwogą obserwowała, jak igła zbliża się do jej dłoni. Jej oczy robiły się co raz większe, a cera bladsza.
– A więc już wiesz... – szepnął August, a dziewczyna skrzywiła się i stłumiła kwik, kiedy igła przebiła jej skórę.
– O niczym nie wiem. Po prostu przypadkowo usłyszałam fragment rozmowy pana Yury.
– A z kim rozmawiał? – spytał spokojnie starzec.
Lucy zerknęła na jego twarz – był zupełnie pochłonięty zszywaniem rozcięcia na jej dłoni.
– Z Donem Grimoire Heart.
Wargi Augusta nieznacznie drgnęły ku górze.
– Więc wiesz już zbyt wiele.
– Ale... Nie rozumiem...
– Naprawdę myślałaś, że po tym wszystkim pozwolą ci tak po prostu wyjechać? – wtrącił się jej w zdanie. – Wyglądasz na mądrzejszą, panienko.
Igła w dłoni Lucy wbiła się nieco mocniej niż powinna.
– A dlaczego mieliby nie pozwolić? – spytała, lekko krzywiąc się z bólu. Wciąż miała na uwadze, iż nadal nie wie, o czym i ile wiedzą ludzie, którzy otaczali ją przez ostatnie półrocze. – Przecież zrobiłam dokładnie to, o co mnie poprosili.
August jedynie zaśmiał się sardonicznie pod nosem.
– Nie możemy się jakoś dogadać? – kontynuowała Lucy. – Czego się boicie? Nie mam z nikim kontaktu z Magnolia City. Nawet nie mam o czym im powiedzieć. Nie mogę wam zaszkodzić.
– To już nie mnie oceniać.
– Nic mnie tu nie trzyma, więc jeśli w jakiś sposób wam zawadzam, mogę wyjechać.
August przestał się śmiać. Spoważniał. Wyglądał na nieco rozgniewanego i wręcz urażonego.
– Widzę, że muszę to powiedzieć wprost – skonstatował starzec, kończąc opatrywać ranę Heartfilii. – Wszystko, co cię tu spotkało, nie było przypadkiem. Ani praca w restauracji , ani wynajęcie pokoju u mojej wnuczki, Brandish. Nic nie było przypadkiem – powtórzył.
Lucy nabrała sporo powietrza do płuc.
– Czyli od samego początku... – wymamrotała, próbując ułożyć wszystko w jedną całość. Po chwili zmarszczyła brwi. – To nie ma żadnego sensu. Przecież nikt nie wiedział dokąd wyjadę. Sama o tym nie wiedziałam, dopóki nie stanęłam w kolejce po bilet na pociąg. Onibus był impulsem, ślepym trafem, jak los na loterii czy ciągnięcie zapałek. Więc jak... – urwała. Zabrakło jej słów.
– Z jakiegoś powodu Don Zeref chce cię mieć na oku. I będzie miał, gdziekolwiek byś nie pojechała.
Oczy Heartfilii powoli zaczęły się rozszerzać. Zrozumiała, że Grimoire Heart miało o wiele więcej pionków w tej grze, niż przypuszczała. Czyżby mieli wpływy w całym kraju? Więc gdziekolwiek by nie wyjechała... Nie ucieknie?
– Dlaczego on... Ten człowiek... Czego on ode mnie chce? – spytała ze ściśniętym gardłem. Czuła, że jest bliska płaczu i że dłużej nie jest w stanie nad tym panować.
August zamknął opatrzoną dłoń dziewczyny i sięgnął po niedopitą brandy.
– Zapewne będziesz miała okazję zapytać go o to osobiście. Do tego czasu zostaniesz tutaj.


Spędziła w niewielkim, zamkniętym pokoju kilka dni. Nie głodzili jej, nikt nie robił jej fizycznej krzywdy. Dostała kilka swoich ubrań na zmianę. Miała dostęp do łazienki i paru książek, lecz nie przeczytała ani jednej z nich. Powoli doskwierała jej samotność, a oczekiwanie na konfrontację z Zerefem wywoływało u niej gęsią skórkę. Po minie Jacoba, którzy przynosił jej jedzenie, mogła wywnioskować, że nie czekało na nią nic dobrego. To samo zwiastowali Ajeel i Dimaria, na zmianę pilnujący zaułka między kamienicami, na który miała wgląd przez okno. Z jednej strony chciała dowiedzieć się, dlaczego Don Grimoire Heart tak bardzo zawraca sobie nią głowę, ale przypuszczała, że była pilnowana tylko i wyłącznie ze względów bezpieczeństwa. A teraz, nie dość że prawdopodobnie nie jest już im do niczego potrzebna, dodatkowo posiadła informacje, które – trafione do niewłaściwych osób, takich jak członkowie Fairy Tail – mogłyby im bardzo zaszkodzić. Pozbędą się jej jak śmiecia, ot co.
Siedziała na łóżku, gdy drzwi od jej pokoju otworzyły się powoli. Wstała z miejsca jakby usiadła na szpilkach.
– Och, to ty... – mruknęła, z powrotem siadając na łóżko.
– No ja, a kogo się spodziewałaś? – spytała niemrawo Brandish, powoli zamykając za sobą drzwi. Stanęła przy nich, nie wchodząc w głąb pokoju. Było to ich pierwsze spotkanie od dnia, w którym ostatni raz udały się wspólnie do pracy.
– Dobrze wiesz, kogo – burknęła Lucy. Próbowała zachować spokój, jednak przy Brandish ciężko było jej opanować nerwy. – Już nie musisz niczego udawać. Wiedziałaś o wszystkim i cały czas milczałaś. Całe pół roku. Pół roku, w których...
Żal, jaki czuła do Brandish, wziął nad nią górę. Z każdym wypowiedzianym słowem, można było słyszeć narastającą nutę pretensji w jej głosie. A kiedy nagle zamilkła, w pokoju rozległa się długa, niezręczna cisza.
Gdy tylko Lucy dowiedziała się o tajemnicy, jaką skrywali otaczający ją ludzie, poczuła ogromne rozgoryczenie, w szczególności do Brandish. Przez ostatnie miesiące zdążyła się do niej przyzwyczaić, polubić ją. Sądziła, że narodziła się między nimi pewna więź, a ich relacja była szczera. Myślała, że odnalazła we współlokatorce kogoś bliskiego, przyjaciela... Przeliczyła się. Naiwność, jaką wykazała się po raz kolejny, sprawiła, że po znów  pękło jej serce.
– Ufałam ci, Brandish. To naprawdę zabolało, wiesz? – wyznała szczerze, z niewielką dozą ironii.
Brandish wciąż opierała drzwi plecami, nie mając odwagi choćby spoglądnąć w stronę Lucy. W dłoniach trzymała kilka ubrań Heartfilii, które ścisnęła mocniej, gdy usłyszała łamiący się głos blondynki. W końcu Myu podeszła do łóżka i usiadła obok wyraźnie niezadowolonej z tego faktu dziewczyny.

Kiedy spytała Ajeela, co się stało, ten po prostu kazał spakować rzeczy Heartfilii. Kilka z nich miała zanieść do Augusta, a resztę spalić. Nie chciał powiedzieć nic więcej, ale nie musiał. Zrozumiała, co się stało. Wszystko wyszło na jaw, a w razie takiej sytuacji dostali jasne wytyczne.
Wiedziała o wszystkim od samego początku. Wiedziała, że taki dzień kiedyś nadejdzie. Kiedy pierwszy raz zobaczyła Lucy, ręce jej opadły. Siedziała przy barowej ladzie jak jakaś miernota, z walizką wciśniętą między nogi krzesła, a opuchnięte oczy bez życia wlepiała w niemal pustą szklankę po whisky. Brandish musiała mocno się wysilić, by zgrywać przed nią miłą i sympatyczną dziewczynę, która przypadkiem zainteresowała się jej losem. I przypadkowo miała wolny pokój do wynajęcia. I mogła załatwić jej etat w restauracji. Głupia blondyna niczego się nie domyśliła, nie nabrała żadnych podejrzeń. Dało się nią prowadzić jak po sznurku. Naprawdę, była cholernie irytująca. 
Z każdym dniem obserwowała, jak Lucy przybiera przy gościach restauracji sztuczny uśmiech, jak żartuje z innymi pracownikami Alvarez, jak śmieje się przy niej... A w nocy musiała wysłuchiwać, jak nie wiadomo z jakiego powodu płacze i smarka w poduszkę. I tak dzień w dzień. Musiała ją znosić, słuchać, udawać że ją lubi, aż – sama nie wie kiedy – zaczęło jej to coraz mniej przeszkadzać. Sądziła, że to kwestia przyzwyczajenia, lecz pewnego dnia, po telefonie samego Don Zerefa, Ajeel z Dimarią poruszyli temat Heartfilii. Nikt nie wiedział, dlaczego Don tak bardzo interesuje się dziewuchą, ale każdy chciał się tego dowiedzieć. Wszyscy liczyli, że to ona wyciągnie coś z Lucy. Właśnie wtedy, śmiejąc się z Dimarią i Ajeelem z niczego nieświadomej Lucy, Brandish zdała sobie sprawę, jak bardzo przywiązała się do współlokatorki i jak ta bardzo ta odmieniła jej życie. Kiedy wszystko wyjdzie na jaw, będzie musiała pożegnać się z Lucy, która codziennie rano budziła ją do pracy, której wielkie cycki były idealnym wabikiem na podryw w pubach, która zawsze słuchała ją do białego rana przy kubku mocnej kawy, gdy wracała do domu pijana i porzucona przez kolejnego dupka... Mimo wszystko nie mogła nazwać tej relacji przyjaźnią. Pomijając zwykłą ciekawość – miała pretensje, że choć przez kilka miesięcy tak mocno się ze sobą zżyły, Lucy nigdy się przed nią nie otworzyła. Co prawda wczorajszego dnia opowiedziała jej o swojej przeszłości, jednakże wątpiła, by był to przejaw zaufania. Raczej spożytego w dużej ilości alkoholu.
Wyjmowała jej ubrania z szafy, wciąż przekonując samą siebie, że ich relacja była zwykłą ułudą. Że nie było między nimi żadnej przyjaźni. „W końcu wiedziałam o wszystkim od samego początku. Wiedziałam, że taki dzień kiedyś nadejdzie.”
Wrzucając niechlujnie wszystkie rzeczy do walizki, którą znalazła pod łóżkiem, natknęła się na list, leżący na biurku. Do jakieś Levy McGarden. Przejeżdżała wzrokiem po krótkich zdaniach, które opisywały półroczny pobyt Lucy w Onibus. Rzucenie palenia, kurs samoobrony, praca w restauracji...
Oczy Brandish zatrzymały się na swoim imieniu. Czytając o sobie, czuła przyspieszone bicie serca. Po chwili zgniotła list w kulkę i ze złością cisnęła nim w zamknięte okno.
– Nie jestem twoją przyjaciółką, idiotko – jęknęła, ledwo powstrzymując łzy.

– Dlaczego musiałaś się dowiedzieć... Wszystko zepsułaś – szepnęła Brandish. Odłożyła ubrania Lucy na materacu łóżka i po chwili mocno ją przytuliła.  
– Co ty... – zdziwiła się Heartfilia.
– To prawda, okłamałam cię. Musiałam cię mieć na oku, to było nasze zadanie. Ale to nie znaczy, że tego chciałam. Im bliżej cię poznawałam, tym bardziej liczyłam, że nigdy się nie dowiesz o...
– Widzę, że przyniosłaś mi kilka nowych rzeczy? – Lucy odsunęła od siebie Brandish i spojrzała na przyniesione ubrania. – Dziękuję za fatygę, ale... Idź już sobie. 
Niespodziewana wypowiedź Lucy, pozbawiona jakichkolwiek uczuć, na moment wprawiła Brandish w osłupienie. Po chwili jednak Myu spuściła głowę w dół. Nie mogła mieć pretensji do Lucy, że po tym wszystkim nie chciała jej widzieć.
– Nasza ostatnia rozmowa... Ci ludzie, o których mówiłaś, z Magnolia City, są ci bardzo bliscy, prawda?
Lucy spiorunowała Brandish wściekłym spojrzeniem.
– Teraz będziesz mi grozić?!
– Zrobiłabyś dla nich wszystko, czyż nie? Tylko i wyłącznie dla nich wyjechałaś z miasta i trafiłaś tutaj – ciągnęła Myu – Prosto w ręce Augusta.
– Możesz jaśniej? O co ci chodzi? – furknęła już nieco zbulwersowana Lucy.
– Twoi przyjaciele są naszym konkurentem. Są wrogiem Grimoire Heart. Nie jest to nam na rękę, by się o nas dowiedzieli… Nie pozwolą ci uciec.
Heartfilia zamilkła, jednak wciąż obserwowała wpatrzoną w podłogę Brandish z oschłością.
– Naprawdę mi przykro, Lucy, ale ci ludzie to moja rodzina. Taka sama, jaką ty masz w Magnolia City. To ludzie, na których zależy mi najbardziej na świecie. Dlatego mam nadzieję, że zrozumiesz... Cóż, to zapewne nasze ostatnie spotkanie, więc żegnaj. I... powodzenia.
Zanim Heartfilia zdążyła jakkolwiek zareagować, Myu dosłownie uciekła z pokoju.
Znowu pozostawiona sama sobie, z bólem wpatrzyła się w zamknięte drzwi. Choć nie chciała wierzyć w ani jedno słowo Brandish, wiedziała, że tym razem dziewczyna była z nią absolutnie szczera. Może chciała w ten sposób uspokoić swoje sumienie?
Nagle Lucy ogarnęło zmęczenie. Przetarła twarz dłońmi i westchnęła ciężko, pozbawiona wszelkich nadziei. Spojrzała na dopiero co przyniesione przez Brandish ubrania, zastanawiając się, na jaką cholerę jej to potrzebne. Wtedy zauważyła lufę swojego złotego rewolweru, wystający z nogawki jeansów.




Rozdział ciut wcześniej, niż miał być, a co :D.
Wiem, że za wiele się w nim nie działo, praktycznie sama gadanina, do tego rozdział jest chyba jeszcze krótszy niż poprzedni... Ale od następnego będzie więcej wszystkiego ;).